Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 1 lutego 2016

A ja lubię moją Myszę

    Dziś Mysza kończy pół roku. Banał powiem, ale nie mam pojęcia, kiedy to zleciało. Przecież dopiero wczoraj wychodziłam z nią ze szpitala... :)
    Mogłabym - jak zapewne każda dumna matka - długo pisać o tym, jakim jest wspaniałym i wyjątkowym dzieckiem. Jaka grzeczna, kochana, wesoła. Najfajniejsze w Myszy jest to, że ona zdaje się lubić życie. Są takie dzieci, które są wiecznie "na nie", nawet jako niemowlęta. A to za głośno, a to za jasno, a to mleczko za zimne lub za gorące, a to weź mnie na ręce, a to nie - odłóż, bo chcę spać... A moja córa nic :) Generalnie podchodzi do wszystkiego z zainteresowaniem i bardzo rzadko jest tak, że protestuje płaczem. Zwykle dzieje się to wtedy, kiedy uparcie usiłuję ją do czegoś zmusić, kiedy "na głowę" chcę coś przeforsować, a tymczasem dziecko ma inne plany :) Dajmy na to zgodnie z codziennym zwyczajem przed snem ok. 22 powinna dostać mleko, a ona zamiast się o nie upomnieć, to sobie śpi. No i czasem jak ją obudzę, to łaskawie coś tam wypije - a czasem jest ryk, że po cholerę mnie matka budzisz, dałabyś pospać do rana... :)
    Dobra, nie zanudzam, bo ja tak mogę długo - przechodzę zatem do konkluzji. Synafia napisała kiedyś w którymś z postów o swoich córkach, że je najzwyczajniej w świecie po prostu lubi. I to jest dokładnie to. Nigdy bym wcześniej nie pomyślała, że można LUBIĆ półroczne niemowlę, a więc dziecko, z którym obiektywnie kontakt jest mocno ograniczony, a jego charakter jest dosłownie jeszcze w powijakach :) Owszem, można kochać, czuć się za nie odpowiedzialnym, ale to zupełnie co innego. Otóż - poza miłością, bo w końcu jestem jej mamą - to ja Myszę lubię :) Jest fajna. Miło się z nią spędza czas i już.


    Gdyby komuś umknęło, to dziś jest też rocznica śmierci Wisławy Szymborskiej, a zatem dobra okazja, by przypomnieć któryś z jej wierszy. Mam coś tematycznego. Już niedługo takie doświadczenia nas z Myszą czekają :)






WISŁAWA SZYMBORSKA
"Mała dziewczynka ściąga obrus"

Od ponad roku jest się na tym świecie,
a na tym świecie nie wszystko zbadane
i wzięte pod kontrolę.

Teraz w próbach są rzeczy,
które same nie mogą się ruszać.

Trzeba im w tym pomagać,
przesuwać, popychać,
brać z miejsca i przenosić.

Nie każde tego chcą, na przykład szafa,
kredens, nieustępliwe ściany, stół.

Ale już obrus na upartym stole
- jeżeli dobrze chwycony za brzegi -
objawia chęć do jazdy.

A na obrusie szklanki, talerzyki,
dzbanuszek z mlekiem, łyżeczki, miseczka
aż trzęsą się z ochoty.

Bardzo ciekawe, jaki ruch wybiorą,
kiedy się już zachwieją na krawędzi:
wędrówkę po suficie?
lot dokoła lampy?
skok na parapet okna, a stamtąd na drzewo?

Pan Newton nie ma jeszcze nic do tego.
Niech sobie patrzy z nieba i wymachuje rękami.

Ta próba dokonana być musi.


I będzie.


piątek, 29 stycznia 2016

Bitki z marchewką

    Ten tego ten... W Morelowej [bo już nie Pomarańczowej] Jaskini spokój. Mysza rośnie zdrowa, pogodna i dalej grzeczna. Hipek w kość nie daje, Puma takoż. A o polityce - choć to mnie niezmiennie emocjonuje - nie chce mi się postów pisać, bo jeszcze mnie zamkną... :) Czyli co, może skoczymy do kuchni i pozaglądamy Smoczycy w garnki?
    Znowu będzie coś szybkiego, niedrogiego i prostego w przygotowaniu. Proszę państwa, oto bitki. Pochodzenie przepisu tradycyjne - czyli Dragonka przeszperała internety i zrobiła autorski miks kilku przepisów. A że wyszło dobre, to się dzielę, a co :)



BITKI Z MARCHEWKĄ

SKŁADNIKI:
6 plastrów schabu
1-2 cebule
duża marchewka
mąka
oliwa z oliwek
kostka warzywna
przyprawy: sól, pieprz, słodka papryka, czosnek granulowany
liście laurowe
ziele angielskie

Schab lekko rozbijamy [ale nie na papier - chyba, że ktoś lubi, ale ja tam wolę czuć, że coś gryzę...], nacieramy przyprawami i obtaczamy w mące. Następnie smażymy na oliwie na brązowy kolor [idealnie, jeśli się lekko przypali], po czym przekładamy mięso razem z tłuszczem z patelni do szerokiego garnka lub rondla. Wrzucamy do środka cebulę pokrojoną w cienkie krążki oraz marchew pokrojoną w plastry. Zalewamy gorącą wodą tak, żeby przykryło mięso, dodajemy kostkę warzywną, kilka liści laurowych i 3-4 ziarna angielskie. Ostrożnie wszystko mieszamy i przykrywamy. Ma się dusić, aż będzie miękkie. Ile? To zależy od jakości i grubości mięsa, ale tak minimum pół godziny. Nie ma rady, sprawdzamy co jakiś czas widelcem. Kiedy bitki są miękkie, zagęszczamy sos mąką [ale nie dużo, nie chodzi nam o to, by łyżkę można było postawić...].
    I co? I już. Wpierniczamy z kaszą, ziemniakami lub ryżem oraz z surówką.




środa, 6 stycznia 2016

Legendy polskie - nowa wersja

    Znasz, Drogi Czytelniku, filmy krótkometrażowe Tomasza Bagińskiego? To ten od "Katedry" i "Sztuki spadania". Oba obrazy nawiasem mówiąc moim skromnym zdaniem nieźle mieszają pod kopułą, oba uwielbiam i oba namiętnie wykorzystuję na lekcjach polskiego. Skoro nawet małpki są zainteresowane i chce im się zwykle o nich dyskutować po projekcji, to coś w tym musi być. A zatem - jeśli jeszcze jakimś cudem tego nie widziałeś, to gorąco polecam. Ale ja dziś nie o tym.
    Tutaj chcąc nie chcąc muszę wrzucić trochę reklamy. Otóż serwis Allegro w celach marketingowych wpadł na pomysł przedstawienia współczesnych wersji tradycyjnych polskich legend i przeniesienia ich w dzisiejsze realia. Sześć z nich ma postać e-booków, natomiast dwie zostały nakręcone jako krótkometrażowe filmiki przez wspomnianego wyżej pana Bagińskiego. I to nakręcone z rozmachem oraz przy zaangażowaniu wziętych polskich aktorów. Tak oto powstał "Smok" oraz "Pan Twardowsky". Tym ostatnim - jako według mnie bardziej udanym - chciałabym się tu z Wami podzielić. Natknęłam się na artykuł o tym przedsięwzięciu gdzieś w Internecie przypadkiem, obejrzałam - i jestem zachwycona :) Bardzo tylko żałuję, że film zawiera lekką porcję dość soczystych bluzgów [m.in. w ścieżce dźwiękowej...], bo gdyby nie ów fakt, to na pewno wykorzystałabym go podczas zajęć z obcokrajowcami, oczywiście tymi na wyższym poziomie zaawansowania. 
    Zapraszam do obejrzenia wariacji na temat legendy o Panu Twardowskim. Nic więcej nie mówię, sugeruję jedynie, byście zwrócili uwagę na szczegóły, scenografię, rozmaite symbole pojawiające się w tle... No i co wrażliwszych ostrzegam, że trochę wulgaryzmów rzeczywiście poleci.
    Niestety, nie udało mi się wkleić tego filmu bezpośrednio z YT [próbowałam na różne sposoby...], więc podaję Wam link, pod którym go można obejrzeć:

Pan Twardowsky, reż. T. Bagiński

niedziela, 3 stycznia 2016

Smoczo-matczyna codzienność

    Na niemal wszystkich zaprzyjaźnionych blogach w ostatnich dniach pojawiają się wpisy podsumowujące mijający rok i snujące plany na nadchodzący. No bo kiedy, jak nie teraz... Sama rok temu dokonałam takiego przeglądu - a teraz mi się jakoś nie chce :) Przecież to, że moje życie wywróciło się ostatnio diametralnie, to wiadomo i bez podsumowań. 
    Ale... ponieważ temat sam w sobie jest wdzięczny i nośny, to tak całkiem z niego nie zrezygnuję. Aby jednak kwestię urozmaicić, to podeprę się ilustracjami. Natknęłam się mianowicie gdzieś w czeluściach Internetu na galerię obrazków ukazujących momenty, które każda matka doskonale zna i rozumie. Było tego strasznie dużo i nie wszystkie sytuacje zdążyłam już przerobić na własnej skórze [czy raczej - łusce, zważyszy na smoczość], dlatego dokonałam subiektywnego wyboru. A wszystko z moimi autorskimi komentarzami. Zapraszam do oglądania i lektury :)



1) Oj tak, co prawda, to prawda... Bzdurą jest jednak według mnie wyrokowanie, jaka sytuacja życiowa jest lepsza - z dzieckiem, czy bez dziecka. Jest po prostu zupełnie inaczej - i już. To dwa światy, które niewiele mają ze sobą wspólnego. I nie ma co tłumaczyć osobie bezdzietnej, jak to jest, bo to kompletna abstrakcja, dopóki się tego stanu nie doświaczny organoleptycznie. Na pewno zafundowanie sobie dziecka implikuje zupełnie nowe sytuacje w życiu, których się nie doświadczy w inny sposób. Pozytywne, negatywne - różne. Na pewno człowiek [i Smok :)] ma okazję dowiedzieć się o sobie samym rzeczy, o które by się nigdy nie podejrzewał. Na pewno rodzicielstwo ryje beret i przemeblowuje mózg. A czy jest lepiej, czy gorzej? Nie wiem. Naprawdę nie wiem, to żadna kokieteria. 
    Co do mnie - chyba na szczęście nastawiałam się od początku na coś znacznie bardziej hardcorowego, przynajmiej do czasu, aż Mysza od ziemi porządnie nie odrośnie. Jestem zatem dość pozytywnie zaskoczona, bo myślałam, że będzie 100 razy gorzej.


2) Tu się zgadzam w 100%, choć może akurat nie do końca z tym zestawem, co na obrazku. Zwisało mi i powiewało, czy dużo przytyję - a tak się złożyło, że schudłam. Nie miała dla mnie znaczenia płeć dziecka - choć i tak w naszym przypadku bardzo szybko było wiadomo. Teraz rzecz jasna za nic nie chciałabym mieć syna, bo Mysza jest the best :) A cyce i bez ciąży mam jak dojna krowa, więc dwa rozmiary więcej nie robią aż takiej różnicy...
    Przejmowałam się natomiast bólem, bo chyba byłabym głupia, gdybym tę kwestię kompletnie olewała. Chciałam naturalnie, a i tak wyszła cesarka. No cóż, przynajmniej nie mam złych wspomnień. 



-+
3) Pod tym też się podpisuję ręcyma i nogyma. Jeśli ktoś ma drące się w niebogłosy niemowlę, które budzi się w nocy "na cyca" co godzinę, to strachu nie przeżywa. Ale z taką Myszą, która pierwszą noc przespała wtedy, kiedy jej na to pozwoliłam, czyli kiedy miała 5 tygodni...? Śpi spokojnie i cichutko jak aniołek. No właśnie, AŻ ZA SPOKOJNIE. Tyle się człowiek naczytał o nagłej śmierci łóżeczkowej, że zaczyna czasem świrować. No więc jest sprawdzanie, czy aby na pewno oddych, czy rusza się klatka piersiowa, czy się Mysza nie przydusiła etc. Może nie każdej nocy, ale mam takie napady. 


4) Trzeba oddać sprawiedliwość, że im Mysza starsza, tym rzadziej się to zdarza, ale jednak... W pierwszym miesiącu życia zafajdanie świeżusieńkiej pieluchy, nim się ją zdążyło nawet dobrze zapiąć, to był standard. Rekordem były... 4 pieluchy zużyte podczas jednego przewijania :) Do tego zabawa z zasikiwaniem ręcznika po kąpieli. No boki zrywać...


5) Na temat rad i wpierniczania się nawet obcych osób do wychowania i pielęgnacji niemowlęcia to napisałam nawet kiedyś osobny post. Na tym polu bez zmian - czyli nie podchodzę do tego jakoś alergicznie. Zwykle się nawet nie irytuję. A niech sobie ludzie pogadają, a ja i tak zrobię swoje :)


6) O trzeciej w nocy nie zdażyło mi się jeszcze do Seniorki dzwonić, ale pewnie wszystko przed nami :) Ale konsultacje i gorąca linia telefoniczna się trafia. Jak do tej pory najpoważniejszym kryzysem było, kiedy ok. 3 miesiąca życia Myszy zachciało się jedzenia tylko i wyłącznie w łóżeczku [a nie na rękach] - i nim doszliśmy, że to o to chodzi, to była zagadka, czemu nie chce wpierniczać, choć głodna. Wtedy to wszyscy kombinowaliśmy, o co małej terrorystce kaman: ja, Hipo, Seniorka, nawet nasza położna :) Ale daliśmy radę. 


7) Tjaa... I to pomimo faktu, że Mysza jest naprawdę spokojnym dzieckiem, które póki co ładnie śpi i w dzień, i w nocy. Dobrze, że Smocza Jaskinia jest mała, więc z kuchni czy łazienki mam dwa kroki. Tym niemniej to niemal codzienny obrazek, że Dragonka jedną ręką wiesza pranie, drugą ręką miesza w garnku, trzecią sprawdza temperaturę mleka na nadgarstku, a czwartą wciska smoczek do Myszego dzioba. A że nie mam czterech rąk...? Oj tam, drobiazg, nie czepiajmy się szczegółów :)



8) I tu tak naprawdę jest coś, co rzeczywiście zmieniło się na gorsze. Faktycznie, bycie matką w moim przypadku jest jednoznaczne z uwiązaniem w domu i nie ma co ukrywać, że jest inaczej. Raz, że wiadomo - niemowlęcia nie zostawi się samego nawet na kilka minut. A dwa - niestety, nasz wózek w połączeniu z drugim piętrem skazał mnie na więzienie. Ciężki pieron w pojedynkę i już. Owszem, świetny, zwrotny, stabilny - ale na blok z windą albo domek jednorodzinny. Każde wyjście to przedsięwzięcie logistyczne:
- zamknąć kota w łazience
- znieść stelaż
- znieść goldolkę
- szybko przewinąć i ubrać Myszę, cały czas bojąc się, by w tym czasie nikt nie zapierniczył wózka stojącego na dole
- wypuścić kota, ale jednocześnie tak go spacyfikować, by nie uciekł na klatkę, bo potem go nie zagonię do domu z Myszą na ramieniu
- zarzucić Myszę na ramię, drugą ręką zamknąć drzwi i ostrożnie zejść
- na dole opatulić dziecko i wytarabanić się z klatki
- a w powrotnej drodze czynności powtórzyć, tylko w odwrotnej kolejności [Mysza do łóżeczka - kot do łazienki - gondolka - stelaż].

Po całej operacji jęzor wisi mi do pasa ze zmęczenia. Ale to już niedługo, bo na wiosnę przesiadamy się z Myszą do lekkiej spacerówki i mam nadzieję, że to mi trochę zwróci wolność.

piątek, 1 stycznia 2016

Mielone inaczej

    A ja noworocznie - kuchennie :) Pomyślałam, że przyjemnie będzie zacząć Nowy Rok z jakimś dobrym jedzonkiem. Powstało więc pytanie: co tu dobrego zrobić, aby się nie narobić, ale jednak coś fajnego zjeść? Moim starym zwyczajem pogrzebałam w Internecie, a następnie przerobiłam wyszukany przepis według własnego uznania. Efekty są nader zadowalające, zatem się pochwalę.



RULONIKI Z MIĘSA MIELONEGO Z MARCHEWKĄ

SKŁADNIKI:
1 kg mięsa mielonego
1 duża marchewka
1 średnia cebula
torebka ryżu [ok. 100 g]
1 jajko
mąka
olej [do smażenia]
przyprawy

    Cebulę kroimy w drobną kostkę, a marchewkę ścieramy na tarce z grubymi oczkami. Następnie wrzucamy toto na patelnię i lekko przesmażamy. Dodajemy do mięsa, wrzucamy ugotowany i przestudzony ryż. Przyprawiamy tak, jak "normalne mielone" - u mnie po najmniejszej linii oporu, czyli przyprawa do mięsa mielonego plus niepełna łyżeczka czosnku granulowanego. Całość mieszamy i odstawiamy do lodówki na godzinę, żeby się przegryzło.
    Po upływie wskazanego czasu wbijamy do mięsa całe jajko, wsypujemy 3 łyżki mąki i całość mieszamy. Następnie formujemy z masy grube rulony, obtaczamy z mące i smażymy na patelni jak klasyczne mielone. No i to by było na tyle :)
    Proste, tanie - a zapewniam, że smaczne. Do tego ziemniaki, jakaś surówka i mamy obiad gotowy. Hipkowi w każdym razie smakowało.




środa, 30 grudnia 2015

Zimowe czary

    Wystarczył jeden dzień z zimowymi, nocnymi przymrozkami - a tu takie cuda na szybie samochodu. Zdjęcia - rzecz jasna - zrobione przez Hipka. Tuż po wschodzie słońca :)




piątek, 25 grudnia 2015

Kocie święta

    Żeby w święta w trakcie ogromnego wysiłku fizycznego, jakim jest trawienie tak niewyobrażalnej ilości żarcia, nie dokładać Wam jeszcze konieczności wysilania mózgu - uraczę moich drogich Czytelników szczyptą różnej maści uroczych bożonarodzeniowych zdjęć i memów. Wszystkie zaś pod hasłem: kto kiedykolwiek miał kota w święta, ten doskonale rozumie... :)









środa, 23 grudnia 2015

Ho ho ho - święta jakieś mamy...?

    To, że święta nie mają dla mnie wymiaru religijnego, nie oznacza przecież, że nie mogę Wam życzyć - zdrowych, rodzinnych, leniwych, obfitych w prezenty i pyszne żarcie w ilościach nie do przejedzenia. A ponieważ nie chcę, żeby na blog ateistki wkradł się tu wigilijny patos, to mam dla Was coś na wesoło :)





czwartek, 17 grudnia 2015

Smok lubić antyutopia. Trylogia Veroniki Roth

    W ramach "Czytelni Dragonki" dbam póki co o różnorodność. Była historyczna beletrystyka, był kryminał - czas na futurystyczną antyutopię. Szto eta takiego? Uwaga, będzie mały wykład - no nie byłabym sobą, w końcu to blog nauczycielski :) Ostrzegam lojalnie, kto nie ma ochoty na malutką, ale taką tyci-tyci lekcję z historii literatury, proszony jest o opuszczenie następnych dwóch akapitów.


    A zatem - sam termin "utopia" nawiązuje do tytułu dzieła Tomasza More'a z XVI wieku, w którym opisał wizję społeczeństwa idealnego. W skrócie - ludzie zajmowali się wyłącznie rolnictwem i rzemiosłem, byli równi, wolni [również w kwestiach religii - choć ateizm był zakazany], ubierali się tak samo, a pieniądze i przemysł uważali za ZUO. Głoszenie takich poglądów w tamtych czasach nie mogło się oczywiście dla autora dobrze skończyć, a że miał on pecha żyć w Anglii za czasów Henia VIII, to ostatecznie wylądował pod toporem kata. Mniejsza z tym - dziś słowo "utopia" oznacza po prostu przedstawienie doskonałego państwa. Nota bene pierwszym tego typu utworem było - o ile mi wiadomo - "Państwo" Platona, choć wizja tam opisana zdecydowanie bardziej dziś przypomina państwo totalitarne, niż raj na ziemi. Na naszym rodzimym gruncie koncepcją utopii bawił się Ignacy Krasicki w niemiłosiernie nudnawych "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach". O ile generalnie uwielbiam pana XBW, o tyle ta książka była najgorszą lekturą, którą musiałam łyknąć do egzaminu z literatury oświecenia.
    Antyutopia - jak można się domyślić - to zaprzeczenie utopii, czyli ukazanie takiego państwa, w którym życie jest koszmarem. Dragonka ten gatunek łyka jak młody pelikan, odkąd w liceum natknęła się na słynny "Rok 1984" Orwella. Tych Czytelników, którzy podobnie jak Smoczyca lubią babrać się w przerażających wizjach uciśnionych społeczeństw, odsyłam do takich pozycji, jak "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxley'a, "Władca much" Wiliama Goldinga czy "Wielki marsz" Stephena Kinga. Oraz do tego, co dziś mam Wam do polecenia.


Veronica Roth, Trylogia [Niezgodna. Zbuntowana. Wierna.], Warszawa 2015

    Mamy bliżej nieokreśloną przyszłość. Ludzie - zmęczeni wojnami - na gruzach starego świata podzielili społeczeństwo na pięć frakcji w zależności od tego, jakie idee mają im przyświecać. Mamy zatem:
- Serdeczność - dla tych, którzy chcą porzucić wszelką agresję
- Altruizm - skupia ludzi wyrzekających się swoich potrzeb, by pomagać innym
- Nieustraszoność - tu najbardziej liczy się odwaga i siła fizyczna
- Erudycja - wierzą, że szczęście daje tylko nauka, wiedza i inteligencja
- Prawość - dla nich największą cnotą jest prawda i uczciwość.
    Co roku odbywają się Testy Predyspozycji dla młodych ludzi kończących właśnie 16 lat, podczas których dowiadują się, do której z frakcji mają wrodzone skłonności. Następnego dnia po teście wobec całego społeczeństwa dokonują wyboru, którego już nie można cofnąć - decydują się na życie według zasad danej grupy, a jeśli okaże się, że zawiedli, to zostają wywaleni i kończą jako bezfraktowcy, czyli społeczne wyrzutki. W 90% przypadków okazuje się, że Test Predyspozycji wskazał frakcję, w której młody człowiek się wychował, choć zdarzają się wyjątki i wtedy delikwent staje przed dylematem: rodzina czy rozwój zgodny z własnymi skłonnościami. Ale to jeszcze nic - najbardziej przerąbane mają ci, którzy łączą zdolności kilku frakcji, a więc są Niezgodni. Stanowią zagrożenie dla społeczeństwa [bo są zbyt doskonali...], więc się ich po prostu eliminuje. 
    No i właśnie - poznajcie Triss, której w teście wyszedł jak byk wynik NIEZGODNA i od tej pory musi zrobić wszystko, by ten fakt nie wyszedł na jaw. Wychowała się w Altruizmie, postanawia jednak wybrać Nieustraszoność, musi zatem opuścić rodzinę oraz świat, jaki dotąd znała i nauczyć się żyć według całkiem nowych zasad. Szybko jednak okazuje się, że - ponieważ tak naprawdę jest Niezgodna - to nie pasuje również do swojego nowego otoczenia, w którym panują o wiele bardziej bezwględne reguły, niż się spodziewała.

    Dwie pierwsze część tej trylogii doczekały się ekranizacji i przyznaję się bez bicia, że to dzięki filmowej wersji "Niezgodnej" dowiedziałam się o książce. Adaptacja trzyma poziom i nie wypacza sensu lektury, choć z konieczności z kilku wątków pobocznych trzeba było zrezygnować. A sama książka - no cóż, ja w nią wsiąkłam. Jestem w drugiej połowie pierwszej części i naprawdę ciężko mi się oderwać, a rzecz jasna czytam tak szybko, jak mi na to pozwalają Mysze obowiązki :) I wcale nie psuje mi zabawy fakt, że oglądałam film i w związku z tym wiem, jak się toto kończy. Znowu - jak w przypadku "Diabli nadali" - mamy wszystko, czego można wymagać od dobrej antyutopii. Intrygująca bohaterka, z którą można się utożsamić, powolne odkrywanie mrocznych reguł i zawiłości rządzących przedstawionym społeczeństwem, a nawet umiejętnie i nienachalnie wkomponowany w całość wątek miłosny, który przyjemnie się śledzi. Narracja jest dobrze prowadzona, opisy nieprzegadane, postacie drugoplanowe wyraziste. Nic, tylko czytać.
    Ergo - Dragonka czyta. I innym też poleca.




UPDATE
25.12.2015

    Przeczytałam drugą część ["Zbuntowana"] i zabrałam się za trzecią [czyli "Wierna"] - i cóż, jak by Wam tu powiedzieć... Mój entuzjazm niestety osłabł, bo są zdecydowanie słabsze, tak jakby "weny TFUrczej" wystarczyło autorce tylko na jedynkę. W skrócie - żeby nie zdradzać zbyt wiele fabuły - w "Zbuntowanej" zdecydowanie za dużo jest akcji w stylu "zabili go i uciekł", a "Wierna" jest napisana tak odmiennym [i niestety według mnie - gorszym...] stylem od pierwszej części trylogii, że aż trudno mi uwierzyć, że wyszły spod klawiatury tej samej osoby.
    Cóż zatem? Przeczytajcie jedynkę, bo naprawdę warto. Co do reszty - jeśli Wam się naprawdę nudzi, to można...

czwartek, 10 grudnia 2015

Coraz bliżej święta...

    Natchnięta przez moją Bratową rzucę w Was garścią świątecznych memów. A kiedy je sobie obejrzycie, to możecie idealnie wprawić się w nastrój za pomocą nieśmiertelnego przeboju... Nie wiem jak Wy, ale ja pierwszy raz usłyszałam go w tym roku w radiu już 2 listopada :)








  
  I wszyscy razem: "Last krismas aj gejw ju maj haaart..." :)