czwartek, 3 stycznia 2013

Bajki, nie bajki... cz. 4


Mało kto, poza kilkoma szczęśliwymi wybrańcami (rekrutowanymi zazwyczaj spośród głebiańskich mieszkańców Osady) został zaproszony przez Kapłana Czerepu na herbatkę. Neda też ten zaszczyt nie spotkał. W trakcie krótkiej wymiany zdań w ogrodzie Idika, w sumie nie padło ani jedno słowo dotyczące jego ślubu, mimo, że Ned kilkakrotnie starał się na te tory ją skierować.
Z domu kapłana Ned odchodził bardziej skołowany niż jeszcze parę minut temu. W kieszeni ciążyły mu trzy srebrne obole, zapłata za dwa worki ziemi cmentarnej, najlepszej do nawożenia ogródka. Miał mu je dostarczyć w dniu ślubu, zaledwie na kilka godzin przed planowaną ceremonią.
Dni mijały niepostrzeżenie. Cała Osada zaangażowana została w przygotowanie ceremonii zaślubin. Kobiety zajęły się gotowaniem i przystrajaniem stołów. Dzięki rozwieszonym na drzewach, tarasach i oknach girlandom i transparentom miasteczko zaczęło przypominać obrzyd... to znaczy wielki, pełen słodyczy tort. Mężczyźni zajęli się produkcją ław, stołów, krzeseł oraz podwyższenia dla zamówionej orkiestry. Pomnik Jogota został już przystrojony w uroczyste szaty, w jego dłoni pysznił się wieloma barwami bukiet kwiatów, a na skroni lśniła nowa korona.
Wraz z orszakiem Hrabiego Samuela do miasta zajechała także Orkiestra Dętych Werblistów – w owym czasie najsławniejsza grupa muzyków w północnych królestwach. Ich lider, Złoty Trlvis, mimo że należał do rasy ludzi, budził więcej emocji niż Starsze Istoty. Wśród młodego pokolenia wyrastał na miano nowego Boga. Zarówno kapłani Czerepu jak i Świecy potępiali nowy kult który wyrastał w miejscu ich koncertów. Fakt, że przyjęli zaproszenie na skromne zaślubiny w prowincjonalnej osadzie wydawało się niemal… niemożliwe

Dzień Zaślubin powitał wszystkich lekką mżawką, co nie było niczym dziwnym o tej porze roku. Jak wówczas mawiano: „Ciepła mżawka latem, anioł strzela batem. Słońce z chmurki zerka, prosto do pudełka”.

- Tato, tato, a słyszałeś takie… ”W Lucyfera wora zajrzyj tam z wieczora, to kot Allegota ciebie wyłomota”… tato, co to wyłomota?
- Słoneczko, po pierwsze nie Allegota a Barucha, i nie wyłomota a …. YYY Nieważne kochanie, kiedyś Tobie to wytłumaczę. A na razie słuchaj, bo już powoli trzeba kłaść się spać, a do zakończenia jeszcze mały kawałek… Dobrze?
- Ale potem mi powiesz? Obiecujesz?... Obiecałeś… Opowiadaj dalej – zaszczebiotała radośnie Henrietta.

Jak wspomniałem …dzień zapowiadał się ślicznie. W domu Państwa Kopter ruch trwał już od wielu godzin, modystka z krawcową dokonywały ostatnich, ekspresowych poprawek (biedna Estra w nocy, z nerwów zjadła trzy opakowania czarcich krówek, na które niestety miała uczulenie – spuchła tu i ówdzie), fryzjerka starała się zapanować nad burzą jej włosów zaś doktor Xeno starał się docucić co chwila mdlejącą matkę panny młodej.
Również w domu Neda wiele się działo. Z samego rana, zgodnie z obietnicą, młody grabarz dostarczył obiecane worki z cmentarną ziemią. Idik przyjął pana młodego w Kaplicy Czerepu ubrany w tradycyjny głębiański strój w którym udziela się ślubu… No wiesz kochanie, tak jak wujek Asmodeusz był ubrany jak udzielał ślubu mamusi i tatusiowi…
- Buźki i płomyki –dopowiedziała rezolutnie Henrietta
- Tak… to znaczy nie… to znaczy tak, czaszki i płomienie – dokończył skonfundowany Harold
- I co mu powiedział? Nakrzyczał?

Nie…Jak się okazało Idik miał dla Neda prezent z okazji ślubu. Był nim wspaniały, wyszywany złotą nicią, barwiony w cudowne szkarłaty płaszcz weselny dla Neda oraz równie wspaniała chusta dla Estry.
Wręczając podarki wyszeptał prawie niesłyszalnie pierwsze słowa błogosławieństwa: „In Nomine…”

środa, 2 stycznia 2013

Bajki, nie bajki... cz. 3


Przestraszony Ned zaczął rozglądać się wokół siebie. To już nie był ten sam las który otaczał miasteczko. Las wokół miasta był spokojną, starą, stateczną puszczą. Która owszem ma swoje tajemnice, ale nie patrzy na ciebie ze wszystkich kątów, nie próbuje chwycić cię sękatymi konarami starych drzew.
Tamten las zniknął. Dookoła rozciągała się mroczna, tajemna puszcza. Pełna ciekawskich oczu i zakazanych miejsc. Miejsce w którym mieszkała Kostropata Wiedźma.
Jak powszechnie wiadomo, wiedźmy mieszkają na samotnych polanach otoczonych zewsząd nieprzebytą puszczą. Nie inaczej było tym razem.
Na środku polany stała mała, zbudowana z nieociosanych desek chatka kryta sitowiem. Nie miała komina. Przed chatynką było duże palenisko, na którego stał duży miedziany kocioł z którego unosiły się aromatyczne zapachy ziół, owoców i gotowanego mięsa. Na stojącym nieopodal pniaku spał szarobury kundel, który często biegał po miejskich uliczkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Widok znajomego psa podniósł Neda na duchu. Zupełnie jakby ten bezpański, czy może teraz jak najbardziej mający właściciela pies miał go obronić przed każdym niebezpieczeństwem grożącym ze strony wiejskiej chaty i jej lokatorów.
Za domkiem stała cembrowana studnia obok której leżało stare, drewniane wiadro na zardzewiałym łańcuchu.

- Typowa wieś – ledwo zdążył pomyśleć, kiedy skrzypnęły drzwi do chaty. Z ciemności wychynęła zarośnięta twarz mężczyzny. Miał skołtunione włosy, nierówną, brudną brodę. Ubrany był tak jak Ned zawsze wyobrażał sobie wiejskiego parobka – luźna lniana koszula, pasujące do niej spodnie i bose stopy. Za mężczyzną stała skulona postać staruszki. Z prawie łysej i pokrytej gęstą siecią zmarszczek czaszki spoglądały bystre i przejrzyste oczy.
- Prawie jak u kota – pomyślał Ned. Zanim zdążył wykonać najmniejszy ruch, staruszka wydała jeden dźwięk. Stojący w drzwiach parobek był szybki… . Ned poczuł tylko przytłaczający go ciężar oraz zapach cebuli. Stracił przytomność.
Obudził się kiedy na dworze było zupełnie ciemno. Leżał na leżu z sosnowych gałęzi. W pobliżu przyjemnie pachniało gotowanym jedzeniem, przyjemnie bulgotało w stojącym nieopodal kociołku.
- Nazywam się Jolna. A ty jesteś Ned, prawda? – usłyszał z ciemności. Obok ogniska siedziała widziana w drzwiach chaty staruszka – Siadaj obok. Musimy porozmawiać…
Ned usiadł obok ogniska – Wiesz po co przyszedłem prawda?

- I co stało się dalej? – Henrietta zadarła wysoko głowę, żeby lepiej widzieć zapamiętanego w opowieści ojca – Powiedział jej?
- Słuchaj – odparł cicho Harold

Jolna była starsza niż ktokolwiek pamiętał. Niektórzy opowiadali, że Wiedźma mieszkała tu na długo przed założeniem miasta, jeszcze za czasów, gdy ciągnęły tędy pierwsze karawany kupieckie ze Stolicy do dalekiego Halbau.

- Powiedz, pomogła mu? Ożenił się z Estrą? – dziewczynka nie dawała za wygraną, chcąc jak najszybciej poznać szczęśliwe zakończenie – Ożenił? Jaką miała suknie? Dostała kwiaty?
Succub wiedział, że ilość pytań zadawanych przez małą rośnie wykładniczo i jeżeli szybko ich nie powstrzyma, to niedługo utonie w ich natłoku.

Tak – odparł – Jolna obiecała pomóc Nedowi. Obiecała, że stanie z Estrą pod Pomnikiem Jogota i w obecności Pierwszego Czytacza z Kościoła Oświeconych i Czystych złożą sobie przysięgę małżeńską. Jedynym warunkiem jaki postawiła Wiedźma, było to, że otrzyma zaproszenie jako gość honorowy zarówno na uroczystość pod Pomnikiem jak i na ucztę wydaną na cześć młodej pary.
Ned zadowolony, że Wiedźma po prostu chce być tylko na ślubie, bez wahania zgodził się na propozycję Jolany. Spokojniejszy, pełen sukcesu i radosny, że tanim kosztem wykpił się z targów, za cenę honorowego miejsca przy stole zdobędzie miłość swego życia, Ned wrócił do miasteczka.

Nie minęły 2 tygodnie, kiedy z domu ojca Jolany wyszli swaty, rozgłaszając na całe miasteczko i rychłym ślubie. Nie minęła jeszcze pierwsza radość u Neda, kiedy nadeszła następna. Zdarzyło się bowiem tak, że przejazdem w Osadzie zawitał Hrabia Samuel, siostrzeniec Cesarza na Górze…
- Wujek Samuel? – zapytała Henrietta z przejęcia gryząca koniuszki włosów – Wujek Samuel tam był?
- Nie kochanie – cierpliwie tłumaczył Harold – wówczas wujek Samuel jeszcze nie był wujkiem, tylko zwykłym śmiertelnikiem. Dopiero ponad 150 lat później zszedł do Głębiny. Ale słuchaj, bo robi się późno…

Hrabia znany był przede wszystkim z miłości do alkoholu, zabawy a także jako wielki obrońca Wiary i mecenas Kościoła Oświeconych i Czystych. Jak tylko więc usłyszał o zbliżającym się weselisku postanowił zostać w Osadzie dłużej niż wymagała tego zmiana koni i zakup żywności.
Wieść o zaślubinach od wielu miesięcy nie była dla nikogo tajemnicą, jednak fakt, że ceremonia odbędzie się w Świecy była szokiem dla niektórych mieszkańców Osady. Zwłaszcza dla Kapłana Czerepu.
Idik Selter, diakon Czerepu, jak na Głębinowca przystało przyjął tą wiadomość z zimną krwią. W takich sytuacjach nie należało postępować pochopnie. Pośpiech był zawsze złym doradcą. Wiedział też, że bezpośredni rozkaz, czy też nakaz spotka się z silnym oporem zakochanego Neda. Należało działać delikatnie i z wyczuciem.

Dostarczony z samego rana pod drzwi wioskowego grabarza kosz owoców z pozdrowieniami od diakona Czerepu, zasiał w sercu Neda więcej niepokoju i wątpliwości niż Świetliste zastępy zaglądające codziennie do okien. Pełen niepokoju i sprzecznych uczuć, Ned postanowił porozmawiać z Idikiem Selterem.
Diakon Czerepu, poza cotygodniowymi ofiarami miał niewiele zajęć. Większość wolnego czasu spędzał w swoim maleńkim ogródku, próbując wyhodować najokazalsze warzywo na doroczny konkurs ogłaszany w Osadzie. Na ten rok miał dobre przeczucia co do krzaka porzeczek.
Widząc idącego w jego kierunku Neda, uśmiechną się tylko pod nosem. Plan działał. Ziarno zostało zasiane, teraz wystarczyło patrzeć jak wzrasta.

Zmysły Harolda zalała nagła fala pożądania i strachu. Tak działała na niego tylko Amanda. Przerwał  opowiadanie bajki i spojrzał w kierunku drzwi. Stała tam jak niby nic, ale doskonale wiedział, że go ocenia, analizuje nie tylko każde słowo ale także najmniejszy gest.
- Ani mi się waż straszyć małej – wyszeptała w kierunku Harolda – żeby to nie była jedna z tych bajek kończących się zmianą całej okolicznej populacji.
-Oczywiście kochanie, tak kochanie.
- Mamo, mamo, ja się nie boje – Henrietta zaczęła podskakiwać na kolanach ojca jak na rodeo
- Tak, tak kochanie. Oczywiście, że się nie boisz, jesteś przecież dużą dziewczynką – Amanda poprawiła włosy córki i spoglądając w oczy Harolda dokończyła – Tatuś nie będzie cię straszył, bo inaczej to ON będzie miał zarwaną noc spędzoną na …
- Kochanie, ja nie mogę, mam w nocy ważne spotkanie z Asmodeuszem… Już dobrze, nie patrz tak na mnie, bajka skończy się dobrze, to znaczy źle… to znaczy dobrze.

Jak więc mówiłem... Ned zaczął się bać tego co ma nastąpić. Po raz pierwszy nie był pewny swojej decyzji. Miłość do Estry nie wygasła, ale słowa usłyszane od Kapłana Czerepu głęboko wryły się mu w pamięć…

- Tato, a co Idik powiedział Nedowi?
- Nie słuchałaś? – odparł lekko zniecierpliwiony Harold
Twarz Henrietty pojawił się grymas świadczący że zaraz się rozpłacze. Mała nie lubiła krytyki ani zwracania uwagi – Nie powiedziałeś, mama przeszkodziła i nie powiedziałeś – dolna warga zaczęła niebezpiecznie drgać zapowiadając najgorsze – płacz nastolatki. Coś, co jeżeli nie zostanie stłumione w zarodku, będzie nie do powstrzymania.
- Już dobrze maleńka, masz racje, słuchaj dalej…

wtorek, 1 stycznia 2013

Bajki, niebajki cz. 2


Wiedźma z trzech lasów i ślub Neda
Dawno, dawno temu, za panowania II Dynastii Ifrytów, w dalekiej krainie zwanej Loup było sobie maleńkie miasteczko. Nie miało ono właściwie nazwy. Jako, że było jedyną większą osadą w okolicy, mieszkańcy nazywali ją po prostu Osadą. Niektórzy mówili o niej inaczej, ale szaleńców nikt przecież nie słucha.
Jak na owe czasu, miasteczko było nie tylko duże, ale i bogate. W zgodzie ze sobą żyli zarówno ludzie, Starsze Istoty[1], Świetliści oraz Głębinowcy[2]. Nad miasteczkiem oczywiście, jak to zwykle bywało górowała jaskrawa i z dala narzucająca swoją obecność świątynia Świetlistych. Przez niektórych (co poniekąd słusznie) nazywana Świecą. Ci co mieszkali w bezpośredniej jej okolicy często skarżyli się do władz miasteczka, że nie mogą przez nią spać, chociaż z drugiej strony ponoć nigdy nie ponosili kosztów oświetlenia swych siedzib.
Żył sobie w miasteczku pewien człowiek imieniem Ned. On sam uważał się za wielkiego szczęściarza. Za 21 dni, zgodnie z tutejszym obyczajem miał poślubić piękną Estre, córkę drobnego handlarza suknem. Wszystko było praktycznie ustalone, gdyby nie drobny szczegół, który dopiero od dnia kiedy dowiedział się, że rodzice Estry przyjęli jego oświadczyny dotarł do jego głowy. Problemem tym była Wiara.
Wiara była istotna dla ludzi. Starsze Istoty nie przejmowały się nią zbytnio (może dlatego, że większość z nich przyszła na świat zanim coś takiego jak Wiara pojawiło się na świecie), chociaż czasem przystępowały do któregoś z wyznań. Ponieważ jednak Ned i Estra byli ludźmi, musieli wierzyć. Estra, podobnie jak jej rodzice i cała jej rodzina należeli do Świec, znaczy się do Katedry Oświeconych i Czystych. Ned zaś od 7 roku życia był wyznawcą Czerepu (teraz maleńka to się nazywa Kościół Płomienia). Stali więc po dwóch stronach barykady.
Dla Neda nie był to specjalnie wielki problem, jako, że nigdy nie był bardzo wierzący. Owszem, w miarę regularnie uczęszczał na rytualne spotkania, dwa czy trzy razy nawet złożył ofiarę, ale żeby przywiązywać do tego wagę? Nie, raczej nie.
Inaczej jednak było z Estrą. Jej ojciec od 5 lat był Drugim Czytaczem[3]. Rodzina Państwa Kopter nie tylko regularnie uczestniczyła w obrządkach, ale także żyła nakazami Wiary. Nieodwołalny był więc ślub w Kościele OiC, a wszem i wobec wiadomo czym kończy się próba wejścia do Świątyni Świetlistych wyznawcy Czerepu.
Ned doskonale pamiętał co stało się z Głupim Benem, który w dniu Okowity i Piołunu, w ramach zakładu z szynkarzem Stołpyją  próbował wejść do Świątyni. Było to już ponad 2 miesiące temu, a wciąż można było znaleźć resztki Bena na ścianach okolicznych budynków albo daszkach straganów. Nieprzyjemny widok, oraz posmak w ustach.
Możliwości są dwie. Pierwsza, to znaczy porzucenie Estry nie wchodzi w grę. Przecież wymienili się pierścieniem i naszyjnikiem, i to w dodatku publicznie. Druga to spotkanie z Kostropatą Wiedźmą. Skoro udało się jej uleczyć Księcia Bolka ze wstydliwej choroby, to pewnie sprawy duchowe też nie są jej obce. Przecież krążą plotki, że Ona żyje ponad 200 lat, a to nie lada wyczyn.
Z długich rozmów z szynkarzem Stołpyją, Ned wiedział już, że Wiedźma jest jedyną dla niego szansą. Problem tylko w tym, że Kostropata nie robiła nic za darmo. Za wszystko kazała sobie słono płacić. A ceny miała różne. Za spędzenie połogu od Karlikowej wzięła dwa prosiaki, za napój miłosny dla Bladej Kaczewki, żeby ją Minstrel Pociecha pokochał – skraść miała tylko młodej parze całus (ze ślubu nic nie wyszło, bo Pociecha wpadł pod wóz, jak wracał w nocy z szynku), od samego Księcia Bolko jedni powiadają, że zażądała wspólnej nocy z monarchą, inni zaś gadają, że zabrała panującemu rok życia.
Gdyby chodziło o pieniądze Ned by się nie obawiał. W sumie zarabiał nieźle jako grabarz. Przecież dostawał od kościelnego za każdy pochówek, a często i rodzinka dołożyła trochę grosza żeby dołek był jak należy, a i medykus jakiś czasem zapłaci trochę srebra za świeżą rękę lub głowę. Tak, grabarz to nie w kij dmuchał. Wiele od niego zależy.
Gorzej będzie jak starucha zażąda czegoś innego. Na wszelki wypadek Ned postanowił przygotować się na każdą ewentualność i do worka, który wziął ze sobą na wizytę u Wiedźmy zabrał flakon perfumy od alchemika Yoga, czerwone korale z zielonym chwostem, czarne kocie o szmaragdowych oczach oraz znalezioną przy kopaniu grobu dla wdowy Haickiej dziwną czaszkę. Ni to ludzką, ni to zwierzęcą, a maleńką niczym pięść. Uzbroiwszy się jeszcze w gruby kij, butelkę z okowitą oraz sznur modlitewny z błogosławieństwem kapłana Czerepu ruszył w drogę.
Gdzie mieszka Kostropata wie prawie każdy. Wie to nie dlatego, żeby łatwiej był ją znaleźć, ale dlatego, żeby wiedzieć w które części lasu lepiej się nie zapuszczać. Wiedźma nie lubiła gości. Na szczęście przed przypadkowymi wizytami chroniła ją nie tylko reputacja ale także sam las, który na drodze wędrowca stawiał najrozmaitsze pułapki, najdziksze zarośla czy też jadowitych mieszkańców najbardziej mrocznych zakamarków.
Tym bardziej dziwna była łatwość z jaką las przepuszczał maszerującego Neda. Wprawdzie młody grabarz czuł, że nie idzie sam, co chwila mijał przypatrującego się ciekawie z gałęzi puchacza, zza krzaków błyskały groźnie ślepia młodego niedźwiedzia, ale żaden z mieszkańców lasu nie wszedł człowiekowi w drogę.
Las ma to do siebie, że czas płynie w nim inaczej niż w mieście. Światło z rzadka przenika przez zieloną koronę drzew, powietrze nie pachnie niczym znajomym, a dochodzące zewsząd dźwięki sprawiają, że wszystko dookoła staje się jeszcze bardziej obce.
Nic więc dziwnego, że Ned nawet się nie zorientował kiedy zapadł zmierzch.
Ciszę przerwał donośny krzyk puchacza wyruszającego na łowy. 




[1] Starsze Istoty – Stworzenia myślące które zamieszkiwały pod Słońcem zanim nastali ludzie. Nazywa się tak zarówno Istoty Lasu (elfy), Istoty Kamienia (Krasnoludy, lub Karły), a także Istoty Wody (gnomy).
[2] Świetliści oraz Głębinowcy – Istoty służące jednej z dwóch sił rządzących wszechświatem. Podział jaki był stosowany przez Wielkim Konfliktem.
[3] Czytasz – funkcja w Kościele Oświeconych i Czystych. Osoba mająca prawo i obowiązek prowadzenia spotkań w Świątyni. 


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Bajki, niebajki... cz.1


- Tato, opowiedz mi bajkę – ciszę w pokoju przerwał donośny okrzyk, małej ognistowłosej dziewczynki z niezdrowo błyszczącymi, wielkimi oczami – Obiecałeś bajkę jak tylko zajdzie słońce – krzyczała mała wskazując na znikającą za horyzontem łunę.
Ojciec Henrietty, dorodnej postury Succub, spojrzał tylko w dół na podskakującą u jego stóp małą istotkę. Szybko zdusił w myślach chęć zrobienia z nią tego samego co z pozostałymi dziećmi.
- Tamte miały za matki porządne demonice i inne, niższe pomioty piekieł, więc nawet nie zauważyły braku małych – tłumaczył sobie w myślach, starając się opanować mordercze instynkty – Jej matka urządzi mi niebo na ziemi jeżeli coś jej się stanie. Nie, za bardzo lubię swój ogon – pomyślał Succub ostrożnie zerkając czy wymieniony organ wciąż jest na miejscu.
- Bajka, bajka, bajka… - coraz głośniej dobiegało z poziomu podłogi. Głos bardziej irytujący niż chóry anielskie przez wschodem słońca stawał się coraz bardziej donośny i natarczywy.

Nawet nie spostrzegł się, kiedy jego zaopatrzona w 12 centymetrowe, ostre jak brzytwa szpony, lewa ręka wytrysnęła w dół, schwyciła małą za koronkową bluzeczkę pod szyją i podniosła na wysokość oczu.
- Jedno kłapniecie i będzie cicho – pomyślał Harold
- Khm, khm – rozległo się za plecami Succuba. Nikt tak nie chrząkał jak Ona.

Amanda.

Wszelkie mordercze zamiary uleciały z głowy demona jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W ich miejsce w głowie pojawiła się cała seria mrocznych scenariuszy. Instynkt samozachowawczy kazał uciekać, ale ani nogi, ani skrzydła nic sobie nie robiły z rozpaczliwych poleceń – UCIEKAJ, UCIEKAJ, UCIEKAJ…

W drzwiach, jakby od niechcenia oparta o framugę stała drobna, ścięta na krótko, rudowłosa kobieta. Ubrana w nieskazitelnie białą bluzkę z delikatnym dekoltem oraz ciemnozielone spodnie wyglądała niezwykle niewinnie. Obrazu dopełniały rozsiane po całej twarzy drobne, złociste piegi.
- Khm, khm – tym razem zabrzmiało mniej złowróżbnie, chociaż dołączyło do niego ledwo dostrzegalne tupanie prawą nogą o granitową posadzkę.
Harold postawił dziewczynkę na podłodze. Ta, jakby nic się nie stało ponownie uruchomiła syrenę, wobec czego cały pokój wypełnił jazgot:
- Bajka, bajka, bajka…
- Cichutko Hen, tatuś zaraz opowie Tobie bajeczkę – bardzo cicho powiedziała Amanda
Chcący zaprotestować Harold został uciszony gestem uniesionej delikatnie dłoni.
- Przecież tatuś nie okłamie swojej córeczki, skoro obiecał, bajkę jak tylko zajdzie słońce, to opowie – podjęła cicho – PRAWDA? – ostatnie słowo miało wagę i siłę zdolną kruszyć mury, a spojrzenie byłoby godne Gorgony (gdyby te jeszcze żyły).
- Ale ja nie… - zaczął niepewnie Succub
- Obiecałeś – rozległo się piskliwie z dołu.
- A więc wszystko ustalone. SIADAJ, a ty kochana wskakuj tatusiowi na kolanka i grzecznie słuchaj. Ja niedługo wracam – mówiąc to, pogłaskała dziewczynkę po główce, ucałowała delikatnie chropowaty policzek siedzącego potulnie demona i skierowała się ku wyjściu.
- Ale ja nie umiem opowiadać bajek – podjął ostatnią próbę obrony Harold- nie wiem co mam mówić…
- Trzeba się było nie zobowiązywać – rozległo się od strony drzwi.
- Ale ja się nie zobowiązywałem – przy ostatnich słowach głos był niepokojąco drąży…
W odpowiedzi rozległ się odgłos zamykanych od zewnątrz drzwi do komnaty.
Zostali sami.