Przestraszony Ned zaczął
rozglądać się wokół siebie. To już nie był ten sam las który otaczał
miasteczko. Las wokół miasta był spokojną, starą, stateczną puszczą. Która
owszem ma swoje tajemnice, ale nie patrzy na ciebie ze wszystkich kątów, nie
próbuje chwycić cię sękatymi konarami starych drzew.
Tamten las zniknął. Dookoła
rozciągała się mroczna, tajemna puszcza. Pełna ciekawskich oczu i zakazanych
miejsc. Miejsce w którym mieszkała Kostropata Wiedźma.
Jak powszechnie wiadomo, wiedźmy mieszkają na samotnych polanach otoczonych
zewsząd nieprzebytą puszczą. Nie inaczej było tym razem.
Na środku polany stała mała,
zbudowana z nieociosanych desek chatka kryta sitowiem. Nie miała komina. Przed
chatynką było duże palenisko, na którego stał duży miedziany kocioł z którego
unosiły się aromatyczne zapachy ziół, owoców i gotowanego mięsa. Na stojącym
nieopodal pniaku spał szarobury kundel, który często biegał po miejskich
uliczkach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Widok znajomego psa podniósł Neda
na duchu. Zupełnie jakby ten bezpański, czy może teraz jak najbardziej mający
właściciela pies miał go obronić przed każdym niebezpieczeństwem grożącym ze
strony wiejskiej chaty i jej lokatorów.
Za domkiem stała cembrowana
studnia obok której leżało stare, drewniane wiadro na zardzewiałym łańcuchu.
- Typowa wieś – ledwo zdążył
pomyśleć, kiedy skrzypnęły drzwi do chaty. Z ciemności wychynęła zarośnięta
twarz mężczyzny. Miał skołtunione włosy, nierówną, brudną brodę. Ubrany był tak
jak Ned zawsze wyobrażał sobie wiejskiego parobka – luźna lniana koszula,
pasujące do niej spodnie i bose stopy. Za mężczyzną stała skulona postać
staruszki. Z prawie łysej i pokrytej gęstą siecią zmarszczek czaszki spoglądały
bystre i przejrzyste oczy.
- Prawie jak u kota – pomyślał
Ned. Zanim zdążył wykonać najmniejszy ruch, staruszka wydała jeden dźwięk.
Stojący w drzwiach parobek był szybki… . Ned poczuł tylko przytłaczający go
ciężar oraz zapach cebuli. Stracił przytomność.
Obudził się kiedy na dworze było zupełnie ciemno. Leżał na leżu z sosnowych
gałęzi. W pobliżu przyjemnie pachniało gotowanym jedzeniem, przyjemnie
bulgotało w stojącym nieopodal kociołku.
- Nazywam się Jolna. A ty jesteś
Ned, prawda? – usłyszał z ciemności. Obok ogniska siedziała widziana w drzwiach
chaty staruszka – Siadaj obok. Musimy porozmawiać…
Ned usiadł obok ogniska – Wiesz
po co przyszedłem prawda?
- I co stało się dalej? – Henrietta zadarła wysoko głowę, żeby lepiej
widzieć zapamiętanego w opowieści ojca – Powiedział jej?
- Słuchaj – odparł cicho Harold
Jolna była starsza niż ktokolwiek
pamiętał. Niektórzy opowiadali, że Wiedźma mieszkała tu na długo przed
założeniem miasta, jeszcze za czasów, gdy ciągnęły tędy pierwsze karawany
kupieckie ze Stolicy do dalekiego Halbau.
- Powiedz, pomogła mu? Ożenił się z Estrą? – dziewczynka nie dawała za
wygraną, chcąc jak najszybciej poznać szczęśliwe zakończenie – Ożenił? Jaką
miała suknie? Dostała kwiaty?
Succub wiedział, że ilość pytań zadawanych przez małą rośnie
wykładniczo i jeżeli szybko ich nie powstrzyma, to niedługo utonie w ich
natłoku.
Tak – odparł – Jolna obiecała pomóc Nedowi. Obiecała, że stanie z
Estrą pod Pomnikiem Jogota i w obecności Pierwszego Czytacza z Kościoła
Oświeconych i Czystych złożą sobie przysięgę małżeńską. Jedynym warunkiem jaki
postawiła Wiedźma, było to, że otrzyma zaproszenie jako gość honorowy zarówno
na uroczystość pod Pomnikiem jak i na ucztę wydaną na cześć młodej pary.
Ned zadowolony, że Wiedźma po
prostu chce być tylko na ślubie, bez wahania zgodził się na propozycję Jolany.
Spokojniejszy, pełen sukcesu i radosny, że tanim kosztem wykpił się z targów,
za cenę honorowego miejsca przy stole zdobędzie miłość swego życia, Ned wrócił
do miasteczka.
Nie minęły 2 tygodnie, kiedy z
domu ojca Jolany wyszli swaty, rozgłaszając na całe miasteczko i rychłym
ślubie. Nie minęła jeszcze pierwsza radość u Neda, kiedy nadeszła następna.
Zdarzyło się bowiem tak, że przejazdem w Osadzie zawitał Hrabia Samuel,
siostrzeniec Cesarza na Górze…
- Wujek Samuel? – zapytała Henrietta z przejęcia gryząca koniuszki
włosów – Wujek Samuel tam był?
- Nie kochanie – cierpliwie tłumaczył Harold – wówczas wujek Samuel
jeszcze nie był wujkiem, tylko zwykłym śmiertelnikiem. Dopiero ponad 150 lat
później zszedł do Głębiny. Ale słuchaj, bo robi się późno…
Hrabia znany był przede wszystkim
z miłości do alkoholu, zabawy a także jako wielki obrońca Wiary i mecenas
Kościoła Oświeconych i Czystych. Jak tylko więc usłyszał o zbliżającym się
weselisku postanowił zostać w Osadzie dłużej niż wymagała tego zmiana koni i
zakup żywności.
Wieść o zaślubinach od wielu
miesięcy nie była dla nikogo tajemnicą, jednak fakt, że ceremonia odbędzie się
w Świecy była szokiem dla niektórych mieszkańców Osady. Zwłaszcza dla Kapłana
Czerepu.
Idik Selter, diakon Czerepu, jak
na Głębinowca przystało przyjął tą wiadomość z zimną krwią. W takich sytuacjach
nie należało postępować pochopnie. Pośpiech był zawsze złym doradcą. Wiedział
też, że bezpośredni rozkaz, czy też nakaz spotka się z silnym oporem
zakochanego Neda. Należało działać delikatnie i z wyczuciem.
Dostarczony z samego rana pod
drzwi wioskowego grabarza kosz owoców z pozdrowieniami od diakona Czerepu,
zasiał w sercu Neda więcej niepokoju i wątpliwości niż Świetliste zastępy zaglądające
codziennie do okien. Pełen niepokoju i sprzecznych uczuć, Ned postanowił
porozmawiać z Idikiem Selterem.
Diakon Czerepu, poza
cotygodniowymi ofiarami miał niewiele zajęć. Większość wolnego czasu spędzał w
swoim maleńkim ogródku, próbując wyhodować najokazalsze warzywo na doroczny
konkurs ogłaszany w Osadzie. Na ten rok miał dobre przeczucia co do krzaka
porzeczek.
Widząc idącego w jego kierunku
Neda, uśmiechną się tylko pod nosem. Plan działał. Ziarno zostało zasiane,
teraz wystarczyło patrzeć jak wzrasta.
Zmysły Harolda zalała nagła fala pożądania i strachu. Tak działała na
niego tylko Amanda. Przerwał opowiadanie
bajki i spojrzał w kierunku drzwi. Stała tam jak niby nic, ale doskonale
wiedział, że go ocenia, analizuje nie tylko każde słowo ale także najmniejszy
gest.
- Ani mi się waż straszyć małej – wyszeptała w kierunku Harolda – żeby
to nie była jedna z tych bajek kończących się zmianą całej okolicznej
populacji.
-Oczywiście kochanie, tak kochanie.
- Mamo, mamo, ja się nie boje – Henrietta zaczęła podskakiwać na
kolanach ojca jak na rodeo
- Tak, tak kochanie. Oczywiście, że się nie boisz, jesteś przecież dużą
dziewczynką – Amanda poprawiła włosy córki i spoglądając w oczy Harolda
dokończyła – Tatuś nie będzie cię straszył, bo inaczej to ON będzie miał
zarwaną noc spędzoną na …
- Kochanie, ja nie mogę, mam w nocy ważne spotkanie z Asmodeuszem… Już
dobrze, nie patrz tak na mnie, bajka skończy się dobrze, to znaczy źle… to
znaczy dobrze.
Jak więc mówiłem... Ned zaczął się bać tego co ma nastąpić. Po raz
pierwszy nie był pewny swojej decyzji. Miłość do Estry nie wygasła, ale słowa
usłyszane od Kapłana Czerepu głęboko wryły się mu w pamięć…
- Tato, a co Idik powiedział Nedowi?
- Nie słuchałaś? – odparł lekko zniecierpliwiony Harold
Twarz Henrietty pojawił się grymas świadczący że zaraz się rozpłacze.
Mała nie lubiła krytyki ani zwracania uwagi – Nie powiedziałeś, mama
przeszkodziła i nie powiedziałeś – dolna warga zaczęła niebezpiecznie drgać
zapowiadając najgorsze – płacz nastolatki. Coś, co jeżeli nie zostanie
stłumione w zarodku, będzie nie do powstrzymania.
- Już dobrze maleńka, masz racje, słuchaj dalej…